Nasze działania

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jawor 1939-45. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jawor 1939-45. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 października 2011

Więzienie dla kobiet w Zamku Piastowskim.

Pomnik członkiń francuskiego ruchu oporu więzionych
podczas wojny na jaworskim Zamku Piastowskim.

Więzienie dla członkiń ruchu oporu z okupowanych przez Niemców krajów funkcjonowało w jaworskim Zamku Piastowskim do 28 stycznia 1945 roku. Tego dnia 1200 kobiet (w tym wiele Francuzek) pognano do Zgorzelca i później wgłąb Niemiec. Łatwo wyobraźić sobie, jakim piekłem dla wycieńczonych głodowymi racjami i brutalnym traktowaniem był ten "marsz śmierci" w warunkach wyjątkowo ostrej zimy.
Powojenny pomnik jest wyłącznie polską inicjatywą. Jak dotąd ani on, ani związana z nim historia nie spotkała się z zainteresowaniem Francuzów.


Tablice z w/w pomnika. Zgodnie z ówczesną modą więzienie określone
jest jako "nazistowskie" zamiast niemieckie.

wtorek, 13 września 2011

Jawor 1935-45 (część IV)

T-34/85 (okolice Tarnopola, 1944 r.).
Ostatni dzień miasta Jauer

Pod koniec stycznia było już oczywiste, że niemiecki Jauer nie uniknie swego losu. Armia Czerwona zbliżała się w szybkim tempie, a wraz z nią coraz większy strach. Nikt nie miał złudzeń co do tego, że nadchodzi bezwzględny przeciwnik, który będzie się mścił za bestialstwa, jakich Niemcy dopuścili się na wschodzie. Psychozę strachu nakręcały dodatkowo władze, celowo ubarwiając i szeroko rozpowszechniając informacje o okrucieństwach sowieckich żołnierzy wobec niemieckiej ludności cywilnej. Takie zabiegi miały przede wszystkim podnieść morale własnych oddziałów i dać im motywację dla walki do końca. Nazistowscy władcy III Rzeszy doskonale zdawali już sobie sprawę, że nikt nie będzie poświęcał się tylko dla Wodza i jego obłędu.
Ewakuacja Jawora rozpoczęła się 28 stycznia od więzienia dla kobiet w Zamku Piastowskim Przeszło 1200 więźniarek ruszyło w „marsz śmierci” do Zgorzelca. Wycieńczone złym odżywianiem i okrutnymi przesłuchaniami, bez odpowiedniej odzieży, w warunkach wyjątkowo ostrej zimy przeszły prawdziwą gehennę. Te, które nie wytrzymywały, były po drodze mordowane przez eskortę. Ewakuacja cywilów miała się rozpocząć rankiem 12 lutego. Podstawiono nawet autobusy, ale nie było do nich paliwa.
Około południa zdesperowany kilkutysięczny tłum ruszył pieszo w kierunku Bolkowa. W oddali grzmiały już sowieckie działa... Od strony Złotoryi w kierunku Jawora nacierały 69. i 70. Brygady piechoty zmotoryzowanej z 9. korpusu zmechanizowanego 3. Armii Pancernej gen. Pawła Rybałki. Na przedpolach miasta broniły się oddziały regularnej armii, wewnątrz zajął pozycje miejscowy Volkssturm. Wczesnym popołudniem Sowieci odrzucili Niemców poza most piotrowicki. Około godziny 16 sowiecka artyleria rozpoczęła ostrzał miasta, uszkadzając kilkanaście budynków w centrum. Niektóre relacje negują zarówno ten ostrzał, jak i jego skutki. Rozkład zniszczeń w obrębie Rynku pasuje jednak do ognia lekkiej artylerii prowadzonego właśnie z kierunku przedmościa piotrowickiego. Trudno uwierzyć uwierzyć, by Sowieci rozpoczęli atak bez przynajmniej kilku salw przygotowania artyleryjskiego. Nie możemy też negować relacji przypisujących zniszczenie części Starego Miasta późniejszym ekscesom żołnierzy sowieckich. Mówi o tym zbyt wielu, wiarygodnych świadków. Być może prawda leży po obu stronach i część budynków rzeczywiście zniszczył ostrzał artylerii, a inne zostały po zakończeniu działań wojennych spalone przez rabujących je żołnierzy (jak np. gimnazjum znajdujące się poza strefą walk). Po mniej więcej pół godzinie do natarcia ruszyły piechota i czołgi. Niemcy nie stawiali szczególnie twardego oporu i ograniczył się on do zachodnich krańców miasta. Około godziny 19 Jawor został całkowicie zajęty. Obrońcy przeszli na południowy brzeg Nysy Szalonej, gdzie jeszcze przez pewien czas utrzymywali pozycje na przedmieściach i w Parku Miejskim. W Jaworze zostało 1200 -1500 cywilów (głównie starszych wiekiem i chorych.  Ich udziałem stał się los ludności zdobytego miasta - rabunki, gwałty morderstwa (świadkowie wspominają o kilku cywilach, którzy zginęli tego dnia z rąk żołnierzy sowieckich) - chociaż mimo wszystko nie na taką skalę, jakiej być może sami się spodziewali.
Wieczorem 12 lutego 1945 roku zakończyła się historia niemieckiego miasta Jauer. Odtąd przez prawie dwa miesiące miastem rządził sowiecki komendant wojskowy.

Jawor 1935-45 (część III)

Oddział Volkssturmu przed Goebelsem 1944 r.

Początek końca.
Piotr Pacak

Rok 1943 przyniósł bitwę pod Kurskiem i definitywną zmianę sytuacji na froncie wschodnim. Niemcy na trwałe utracili inicjatywę strategiczną. Wojna była wciąż bardzo daleko od Jawora, ale już z każdym dniem coraz bliżej. Tylko czy to do kogokolwiek docierało? Sprawy toczyły się źle, ale wciąż jeszcze nie była to katastrofa. Wiara w odzyskanie inicjatywy i ostateczne zwycięstwo były wciąż powszechne. Ciężary wojny dawało się mimo wszystko jakoś znosić. Nie było już wprawdzie łupów z nowych podbojów, ale przynajmniej nie brakowało żywności (region rolniczy). W Zamku Piastowskim w najlepsze funkcjonowało więzienie, a w niedalekiej Rogoźnicy (Gross Rosen) coraz więcej „podludzi” mordowano w obozie koncentracyjnym. O tym wciąż jednak się „nie mówiło” i „nie pamiętało”, przynajmniej oficjalnie, a jeśli prywatnie − to bardzo ostrożnie i w wąskim, zaufanym gronie. Co ciekawe, miało to nawet pewien pozytywny skutek uboczny. W Jaworze do końca wojny przetrwała grupa osób żydowskiego pochodzenia. Niektóre pracowały nawet w urzędzie miejskim. Biorąc pod uwagę skalę antysemickiej histerii w przedwojennych Niemczech, był to z pewnością ewenement, tym bardziej, że Jaworem rządził przecież zdeklarowany, funkcyjny nazista, a jego partia cieszyła się tutaj znaczącym poparciem społecznym. Być może zdecydował ten prosty fakt, że tę nieliczną grupę tworzyli ludzie mieszkający tutaj od dawna, w pełni zasymilowani do kultury niemieckiej, doskonale znani i raczej pozytywnie odbierani w swoich środowiskach. W takich regionach jak powiat jaworski nie było warunków do jakiegoś szczególnego antysemityzmu. Po prostu brakowało większych skupisk ludności żydowskiej – nie bardzo było kogo nienawidzić. Może dlatego łatwiej było zdecydować się, że polityka polityką, a jednak nie będziemy mordować swoich sąsiadów żydowskiego pochodzenia. W 1944 roku przynajmniej dla elit było już jasne, że sprawy idą coraz gorzej. Od lądowania aliantów w Normandii Niemcy walczyli na trzech frontach. Coraz większe były straty osobowe, liczone już w milionach młodych mężczyzn. Coraz trudniejsze były do zniesienia ciężary na rzecz frontu i coraz większe braki w podstawowych artykułach. Katastrofa na Białorusi i zniszczenie Grupy Armii „Środek” (Operacja Bagration) była jak biblijne „Mane, tekel, fares” na ścianie pałacu babilońskiego króla Baltazara. Od tej pory pozostała już tylko coraz bardziej desperacka wiara w Wunderwaffe („cudowną broń”). W jesiennie i zimowe wieczory 1944 roku w jaworskich domach chyba niczego nie bano się tak, jak nadchodzących ze wschodu Słowian. Świadomość zbrodni popełnionych przez Niemców na wschodzie była już na tyle wystarczająca, że nawet bez oficjalnej propagandy strach przed Sowietami i Polakami był powszechny. Ostatnim sygnałem nadchodzącego końca było formowanie miejscowego Volkssturmu. Było to pospolite ruszenie, do którego powołano młodzież od lat 16 nie objętą jeszcze służbą wojskową oraz mężczyzn do lat 60. W praktyce zdarzały się liczne odstępstwa od tej reguły i można było spotkać w tych oddziałach zarówno 14-15 - latków z Hitlerjugend, jak i dobiegających 70. rezerwistów. Źle umundurowani (niekiedy tylko w specjalne opaski) i uzbrojeni oraz słabo wyszkoleni nie mieli większej wartości bojowej. Na froncie zachodnim oddziały Volkssturmu niejednokrotnie poddawały się bez jednego strzału. Inaczej było na wschodzie, gdzie strach przed nadchodzącą Armią Czerwoną dopingował do zaciekłej walki – choć, jak wykazał przypadek Jawora, nie było to powszechną regułą. O tym wszakże w następnym odcinku.

poniedziałek, 12 września 2011

Jawor 1935-45 (część II)

Zespół śródrynkowy  od strony wschodniej
pod koniec lat 30-tych XX wieku.

Miłe bardzo złego początki.
Piotr Pacak

Rozpoczynając wojnę z Polską Hitler miał pełne poparcie zwykłych Niemców. Jeśli ktokolwiek miał jakieś wątpliwości, to rychło zagłuszyła je euforia z pokonania (choć tym razem nie bezkrwawego) odwiecznego wroga i odzyskania utraconych „kresów”. Potem poszło już łatwo. Kolejne kampanie i zwycięstwa zdawały się odbierać rozum nawet najbardziej odpornym na nazistowską propagandę. Niewiarygodna klęskę Francji i rewanż za upokorzenie 1918 roku przyjęto z entuzjazmem nie pamiętanym od pokoleń. W Jaworze, tak jak w całej Rzeszy, biciem w kościelne dzwony fetowano ten oszałamiający sukces. Nawet tutaj, na dolnośląską prowincję, coraz szerzej napływały łupy i niewolnicy z podbitych krajów. Właśnie wtedy, na przełomie 1940 i 41 roku chyba najbardziej wierzono w ostateczne zwycięstwo, w to, że wszystko jest możliwe i naprawdę rodzi się „Tysiącletnia Rzesza”. Wojna ze Związkiem Radzieckim była już przedsięwzięciem zbyt poważnym, by obawy można było łatwo zagłuszyć zwykłą propagandą. Dlatego „sprzedano” ją jako „europejską krucjatę przeciwko bolszewizmowi”. Tym, których nie obchodziła ideologia, skwapliwie obiecano ziemię i niewolników po zwycięstwie na Wschodzie. Niewiarygodne sukcesy na początku tej kampanii także zdawały się potwierdzać, że „wszystko idzie dobrze”. Klęska pod Moskwą była wstrząsem, ale rychło zapomniano o niej po zwycięstwach z połowy 1942 roku. Jawor w tamtym czasie żył sobie spokojnie, jakby w zupełnie innym świecie. W 1942 roku miasto podłączono do nitki gazociągu wałbrzyskiego (zaprzestano po tym miejscowej produkcji gazu). Cokolwiek absurdalny może wydawać się fakt, że to właśnie w tamtym czasie powstał projekt pozłocenia blaszanego hełmu Wieży Strzegomskiej. Rzeczywistość rychło i boleśnie zweryfikowała te plany. Wojna od czasu do czasu pukała jednak do drzwi jaworskiej sielanki. Coraz więcej rodzin otrzymywało zawiadomienia o „bohaterskiej śmierci” ich bliskich. Od kwietnia w jaworskich koszarach rozpoczęła działalność Podoficerska Szkoła Piechoty nr 11. Oficjalna cenzura starannie selekcjonowała wiadomości z frontu, dlatego pod koniec roku mało kto wiedział tutaj o sowieckim kontrataku pod Stalingradem i okrążeniu armii gen. Paulusa. W styczniu nie sposób było już ukryć wiadomości o jej zagładzie. To był szok, przy którym porażka pod Moskwą wydawała się miłym wspomnieniem. Tak w Jaworze, jak i w okolicznych wioskach przybywało „poległych bohaterów”. Żołnierze przyjeżdżający na urlopy z frontu wschodniego coraz częściej opowiadali o okropnościach tamtej wojny. Oczywiście wyłącznie wśród najbliższej rodziny. Zwierzając się z tych spraw niepewnym osobom można było przy odrobinie pecha podpaść pod „sianie defetyzmu”, a za to groziły już bardzo realne kłopoty. Na własnym podwórku również nie brakowało tematów, o których lepiej było „nie rozmawiać”. Od 1940 roku działał obóz w Gross – Rosen (obecnie Rogoźnica). Z kolei jaworski zamek stał się siedzibą więzienia dla kobiet. Przetrzymywano w nim uczestniczki ruchu oporu z prawie całej okupowanej Europy (najwięcej wśród nich było Francuzek). Czy ktokolwiek zastanawiał się, co tam się dzieje? Niestety, chyba najłatwiej było uznać, że to „środki, które uświęca cel”, albo w ogóle o tym nie myśleć. Choć wojna szła coraz gorzej, coraz więcej było robotników przymusowych. Traktowano ich bardzo różnie. Najgorzej mieli ci, którzy trafiali do rozmaitych fabryk. Czekała ich bardzo ciężka praca, złe warunki i wyżywienie i najczęściej brutalne traktowanie. Lżej było „u bauera”. Przy odrobinie szczęścia można było w miarę spokojnie doczekać końca wojny. Starzy gospodarze z reguły zachowywali się przyzwoicie (chyba, że któryś chciał się np. odgrywać za poległego w Polsce syna). W wielu wspomnieniach przewija się stwierdzenie, że najgorsi byli nastolatkowie z Hitlerjugend. Tych zdecydowanie trzeba było unikać. Lepiej było też nie zapominać, że nawet przelotny romans z Niemką mógł skończyć się karą śmierci. Polak był w myśl obowiązującego prawa tylko podczłowiekiem, który nie mógł „zanieczyszczać germańskiej rasy”.
Czy Niemcy wiedzieli o zagładzie europejskich Żydów? Uczciwa odpowiedź na to pytanie wbrew pozorom nie jest taka prosta. Poza tymi, którzy aktywnie uczestniczyli w tych zbrodniach, przeciętny żołnierz służący na którymś z frontów czy urzędnik pracujący w krajach okupowanych prędzej czy później musiał w jakiś sposób spotkać się z tym tematem. Nie dało się ukryć istnienia gett i obozów zagłady. Co z tego docierało do dolnośląskiego Jawora? Do czasu raczej niewiele. Opowieści tych „którzy widzieli” nigdy nie wychodziły poza najbliższą rodzinę. Cenzura starannie pilnowała, by nic nie przedostało się do oficjalnych informacji. To wszystko jednak zdecydowanie za mało, żeby zgodzić się z tezą , że „Niemcy nic nie wiedzieli”. Wiedziało wystarczająco wielu. Prawie nikt nie zdecydował się, by zrobić z tym cokolwiek.

Jawor 1935-45 (cz. I).

Lotnicza panorama Jawora z lat 30-tych (centrum Starego Miasta).

Droga do katastrofy. 
Piotr Pacak

W historia Jawora 12 lutego 1945 roku jest datą szczególną. Tego właśnie dnia Armia Czerwona zajęła miasto i jego okolice. Kilka godzin wcześniej zarówno wojsko, Volkssturm (pospolite ruszenie) jak i większość cywilnych mieszkańców uciekli na południowe tereny powiatu (zwłaszcza w kierunku Bolkowa). Taki był koniec niemieckiego Jawora. Stare porzekadło mówi – koniec wieńczy dzieło. Przyjrzyjmy się więc, jak z jaworskiej perspektywy wyglądało owo „dzieło”, które przyniosło Niemcom przegraną wojnę i utratę ziem wschodnich. Na terenie Śląska, Pomorza i Prus Wschodnich naziści od początku cieszyli się poparciem bodaj największym w całych Niemczech. Oprócz kryzysu gnębiącego niemiecką gospodarkę doszły tutaj dodatkowe czynniki. Pamięć o utracie „kresów” (części Pomorza, Śląska, Wielkopolski) była w tych społecznościach wciąż żywa i kultywowana. Żądza odegrania się na Polakach okazała się znakomitą pożywką dla nazistowskiej propagandy. Nie było też na tych terenach większych obszarów przemysłowych, będących naturalnym matecznikiem dla partii lewicowych. Oczywiście poza Górnym Śląskiem, ale tam decydujące okazały się antypolskie resentymenty. Nie inaczej było w Jaworze. W wyborach 1935 roku NSDAP zdobyła władzę w mieście i powiecie (połączonym od 1933 r. z powiatem bolkowskim) i rządziła samodzielnie do końca wojny. Jej kreisleiter (przewodniczący organizacji powiatowej) Erich Tschaepe został wówczas burmistrzem Jawora (jak się okazało – ostatnim Niemcem na tym stanowisku). Co zdecydowało o jaworskim sukcesie nazistów? Był to region przede wszystkim rolniczy, raczej ubogi i niedoinwestowany (choć niezbyt mocno dotknięty przez Wielki Kryzys). Silna była pamięć o przegranej wojnie (a naziści obiecywali wszak rewanż). Polaków tutaj prawie nie było, ale idea odegrania się na nich i odebrania „ziem wschodnich” była w zasadzie akceptowana przez wszystkie środowiska. Na powiatową scenę polityczną przełożyło się to tak, że lewica nie miała tutaj większego znaczenia, a chadecja z opisanych powyżej powodów poparła nazistów, pieczętując ich wyborcze zwycięstwo. Gdzieś w tle tych wydarzeń pojawił się w życiu miasta złowieszczy znak nadchodzących czasów - do Jawora powrócił garnizon wojskowy. Był to 1. batalion 54. pułku piechoty. Rok później dołączył do niego 1. batalion 83. pułku piechoty. Obie jednostki skadrowano i połączono w 461 rezerwowy batalion piechoty. Pierwsze lata nazistowskich rządów zdawały się potwierdzać, że w Niemczech wszystko idzie w najlepszym kierunku. Praktycznie zlikwidowano bezrobocie. Zdecydowanie poprawiła się sytuacja gospodarcza. Wprowadzono szereg reform społecznych. W takich warunkach jakoś tragicznie łatwo zapomniano o demokratycznych swobodach, represjach wobec opozycji czy usankcjonowanym przez państwo rasizmie. Jeśli ktoś mimo wszystko miał jakieś wątpliwości, to skutecznie zagłuszało je coraz mocniejsze walenie w bęben wojenny. Elementarny rozsądek, odpowiedzialność i zwykłą, ludzką przyzwoitość coraz bardziej zastępował bezmyślny entuzjazm. Modna jest dzisiaj teoria mówiąca, że Niemcy poszli za nazistami „z przymusu”. Oczywiście były represje wobec opozycji, ale faktem jest, że nie da się ich porównać z tym, co działo się np. w pierwszych latach Rosji bolszewickiej czy później w okupowanej Polsce. To dwie zupełnie różne skale. Mimo tego Niemcy nigdy nie zdobyli się na opór choćby w przybliżeniu porównywalny z tym, jaki stawili „biali” Rosjanie czy Polacy( nawet ci walczący od 1945 roku z komunistami). W Jaworze burmistrz Tschaepe, choć młody, okazał się dobrym administratorem i gospodarzem. Pod jego rządami wybudowano m.in. osiedle przy drodze do Legnicy, stadion w Parku Miejskim (oddany 29 maja 1939 roku), zmodernizowano wnętrze ratusza i rozpoczęto remont byłego klasztoru oraz kościoła bernardynów (miały być siedzibą ośrodka szkoleniowego Hitlerjugend). W tle działo się jednak to samo co w kraju. Praktycznie zamarła wyparta przez oficjalną propagandę dyskusja na tematy publiczne (pomijając sprawy czysto techniczne, jak nowa droga, instalacja itd.). Obywatelską postawę wyrażało coraz bardziej ślepe posłuszeństwo i bezkrytyczne poparcie. W korespondencji z tamtego czasu (nawet prywatnej) trudno dzisiaj doszukać się choćby śladu rozumnej refleksji o tym „czym to się skończy”.
Nazistowska sielanka szybko się skończyła i wielka historia upomniała się o swoje. Najpierw było przyłączenie Austrii i agresja przeciwko Czechosłowacji. Pod koniec sierpnia 1939 r. jaworski garnizon pomaszerował na wojnę z Polską. Tak jak w całych Niemczech, żegnano go z entuzjazmem, spodziewając się kolejnego zwycięstwa. Nawet jeśli gdzieś był tego dnia zwykły, ludzki strach, to tylko na dnie, skrzętnie schowany przed sobą i innymi. Wiele wody upłynęło jeszcze w Nysie, zanim ogół zrozumiał, ku jakiej katastrofie to wszystko zmierza. Na razie czekano na pierwsze wieści z frontu...