Nasze działania

piątek, 16 marca 2012

NKWD w Jaworze


NKWD w Jaworze
Widoczny na zdjęciu budynek przy skrzyżowaniu ul. Cichej i Strzegomskiej był w 1945 r. siedzibą jaworskiego oddziału sowieckiego NKWD (Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych). Starsi Czytelnicy doskonale wiedzą, co kryło się za tym złowieszczym skrótem. Młodszym przypomnę pokrótce, że NKWD było  dla komunistów głównym narzędziem terroru wobec własnego i podbitych narodów. Prowadziło obozy koncentracyjne. Pilnowało nastrojów w armii, bezwzględnie i krwawo rozprawiając się z najmniejszymi, rzeczywistymi czy urojonymi, próbami podważenia obowiązującego porządku. Enkawudziści niejednokrotnie strzelali do własnych żołnierzy, którym np. zdarzyło się cofnąć pod ogniem przeciwnika.  Na terytoriach podbitych to właśnie NKWD zwalczało ruch oporu. Skąd w 1945 roku w Jaworze wzięło się NKWD? Na pewno przyszło razem z frontem. Zostało w Jaworze kilka (kilkanaście?) miesięcy. Początkowo jego siedzibą był właśnie ten budynek. W owym czasie znajdował się w nim również sztab sowieckiego garnizonu, który z czasem przeniósł się do koszar. Świadkowie wspominają, że dowódcą jaworskiego NKWD był oficer w stopniu majora. Jakie były zadania tej jednostki? Tego dokładnie nie wiemy. Na pewno kontrolowali własne oddziały na tym terenie. Wspomniany major było ponoć znany z brutalnego traktowania żołnierzy przyłapanych na rabunkach czy gwałtach. Starał się też współpracować z polskimi władzami. Jeden ze świadków wspomina, jak złapanego na gorącym uczynku szeregowca „prał po pysku” przy Polakach. Zwyczajowym zadaniem NKWD  była w takich okolicznościach kontrola miejscowej ludności (zarówno niemieckiej, jak i polskiej) i tropienie wszelkich prób oporu przeciwko Armii Radzieckiej. Być może enkawudziści ścigali również niedobitki wojsk niemieckich kryjące się w okolicznych lasach  na terenie Pogórza.

Jak Golem z Jawora magdeburską inkwizycję gromił.

Ul. Żeromskiego - widok na południe od
skrzyżowania z ulicą Czarnieckiego.

Jak Golem z Jawora magdeburską inkwizycję gromił.

Nasze miasto zaistniało dwa razy na kartach polskiej literatury. Pierwszy raz był jednym zdaniem w „Popiołach” S. Żeromskiego, wspominającym o postoju w 1807 r. sławnego pułku ułanów nadwiślańskich w drodze do bitwy pod Szczawienkiem (nad Strugą). Drugi raz zawdzięczamy Andrzejowi Sapkowskiemu. „Ulice Jawora wydawały się dziwnie wyludnione i ciche. W powietrzu oprócz zwykłego smrodu gnoju wisiało coś nieokreślenie złego, co stawiało sztorcem włosy na karku i pełzało ciarkami po plecach …”. Tak rozpoczyna się jaworski epizod w 3 tomie („Lux perpetua”) husyckiej trylogii A. Sapkowskiego. Jej główny bohater, Reynevan z Bielawy trafia do Jawora w czerwcu 1429 roku szukając informacji o swojej ukochanej Jutcie, porwanej przez nieznanych sprawców i przetrzymywanej w nieznanym miejscu. Pomocy w tej sprawie może mu udzielić jaworski rabin (będący także lekarzem, bankierem i … czarodziejem) Maizl Nachmann Ben Gemaliel. Tak się jednak składa, że z rabinem zamierzają się również spotkać przedstawiciele magdeburskiej inkwizycji, której ekipa przybyła do Jawora z zamiarem zorganizowania pogromu miejscowych Żydów. Ponieważ Jaworzanie nie dali się namówić do współudziału, magdeburczycy postanawiają samodzielnie zaatakować dom rabina przy ulicy Rzecznej. Reynevan i młoda Żydówka Rixa oczywiście stają do walki z wysłannikami inkwizycji. Kiedy wydaje się, że magdeburska „chewra” zwycięży rabin przyzywa zaklętego w ścianie jego domu Golema. Był to ożywiony magią gliniany stwór przypominający budową człowieka. Oczywiście bezlitośnie gromi on przeciwników.
Tyle fikcja literacka. Zgodnie z konwencją swojej trylogii Andrzej Sapkowski bardzo zgrabnie łączy postacie i wydarzenia historyczne z wymyślonymi, wzbogacając to wszystko magią, potworami itp. Opisany powyżej epizod wymaga w związku z tym dodatkowego wyjaśnienia. Podczas pierwszego spotkania z zabójcami inkwizycji w traktierni „Pod Słońcem i Księżycem” jeden z magdeburczyków wypomina niechętnym do działania Jaworzanom, że w 1420 r. „ich ojce troszeczkę Żydowinów pogromili.”. Chodzi tutaj o wydarzenie jak najbardziej historyczne. W tym to roku na mocy edyktu królewskiego wypędzono z Jawora gminę żydowską. Był to epizod akcji obejmującej wówczas całe Królestwo Czech (któremu to podlegał Jawor). Miejscową gminę żydowską , jej starszyznę oraz synagogę wymienia po raz pierwszy dokument z 1364 roku. Jaworscy Żydzi zamieszkiwali wówczas teren między dzisiejszymi ul. Klasztorną i Żeromskiego. W 1420 roku utracili zarówno swoje domy, jak i majątek gminy. Synagoga stała się kaplicą Św. Wojciecha (Adalberta). Po kilku latach niektórym Żydom pozwolono wrócić. Stąd w Jaworze w 1429 roku teoretycznie mógł mieszkać rabin Nachmann. Przyczyna tej królewskiej łaski była prozaiczna. Represjonowanie społeczności mającej niebagatelne zasługi dla rozwoju obiegu pieniądza miało katastrofalne skutki dla gospodarki królestwa.
Dom rabina przy ul. Rzecznej jest oczywiście wymysłem autora. Takiej ulicy w średniowieczu nie było w obrębie murów miejskich. Dzisiaj Rzeczna jest boczną ul. Dąbrowskiego. W pierwszej połowie XV wieku był to jeszcze obszar niezamieszkały. Gdybyśmy chcieli umiejscowić dom Nachmanna zgodnie z historycznymi realiami to powinien on stać np. przy ul. Tkackiej (obecnie Żeromskiego), będącej do 1420 r. głównym traktem dzielnicy Żydowskiej – albo na każdej innej ulicy w obrębie murów miejskich.
Trudno jednoznacznie ocenić, na ile historyczna jest postawa Jaworzan, wyraźnie nieżyczliwych magdeburskim inkwizytorom. Źródła z epoki nie wspominają o prześladowaniach Żydów w drugiej połowie lat 20-tych XV wieku. Z drugiej jednak strony z 1454 roku zachowała się wzmianka o wyjątkowo brutalnym pogromie, związanym z wizytą sławnego kaznodziei Jana Kapistrana. Różnica jednego pokolenia oczywiście nie uprawnia do wyciągania wniosków na temat nastrojów Jaworzan o. 1429 r., i ewentualne wyjaśnienie tej sprawy wymaga osobnych badań.
Zapraszam na karty husyckiej trylogii Andrzeja Sapkowskiego i do średniowiecznego Jawora.

niedziela, 11 marca 2012

Sodalicja Mariańska w Jaworze (1947 r.).


Sodalicja Mariańska w 1947 r.
Sodalicja Mariańska to bractwo (łac. Sodalicium) propagujące kult maryjny. Pierwsze sodalicje pod koniec XVI wieku zakładali w Polsce jezuici. W następnym stuleciu rozpowszechniły się one w szkołach całej Polski. Zygmunt Gloger w „Encyklopedii Staropolskiej” pisze” „… zasadami tego stowarzyszenia było nie tylko nabożeństwo do N.M. Panny, ale zachowanie w życiu nieskażonej prawości i czystości obyczajów (…). Członkowie zobowiązani byli surowo przestrzegać jego przepisy. Za rozpustę dostawał sodalis od stowarzyszonych chłostę, za przekroczenie ósmego przykazania Bożego następowała ekskluzja, czyli wykluczenie z bractwa, co uważano za prawie równe z klątwą”. Po XVIII wiecznym regresie sodalicje wskrzeszono (już w nieco innej postaci i ze zmodyfikowanym programem) w drugiej połowie XIX wieku. Z. Gloger wspominał o nich: …Wątpimy jednak, czy wobec nowoczesnego lekceważenia czystości i niemożliwości stosowania kary batogowej bractwo to może nosić swój charakter staropolski”. Tyle tytułem wstępu. Po wojnie jaworską sodalicję założono w 1947 roku przy kościele Św. Marcina. Jej pierwszym opiekunem był ks. Bolesław Ekiert. Do bractwa należeli uczniowie Państwowego Gimnazjum i Liceum Humanistycznego. Jednym z członków stowarzyszenia w tamtych latach był Walenty Szałęga, późniejszy długoletni proboszcz parafii Św. Marcina i dziekan. Oficjalna polityka komunistycznych władza (przynajmniej do 1956 r.) była zdecydowanie wroga wszelkim formom niezależnej działalności kościoła katolickiego wśród młodzieży szkolnej. Członków stowarzyszenia na różne sposoby szykanowano. Pan Michał Badarycz, jeden z członków ówczesnej jaworskiej sodalicji wspominał np., że jego koleżanka Jadwiga Leks za przynależność do niej została usunięta ze szkoły. Powyższe zdjęcie pochodzi ze zbiorów M. Badarycza i przedstawia członków jaworskiej sodalicji mariańskiej w 1947 r. W środku pierwszego rzędu siedzi ks. Bolesław Ekiert. Zdjęcie wykonano na stopniach zachodniego wejścia do kościoła Św. Marcina. Na drugim planie widać sztandar stowarzyszenia ufundowany przez członków.

piątek, 9 marca 2012

Burmistrz Lowtirbach i husyci.

Para mieszczańska z pierwszej połowy XV wieku.
Rys. Braun&Schneider.


Jodok Lowtirbach.

Rządził. Jaworem tylko trzy roczne kaden­cje: w 1421, 1424 i 1427 r. Zapis się w historii miasta przede wszystkim jako burmistrz roku 1427 - czasu pierwszego wielkiego najazdu husytów. W kwietniu 1427 roku z terenu Łużyc uderzyła na Śląsk potężna czeska wyprawa (około 14 tysięcy zbrojnych i kilkaset wozów bojowych) dowodzone przez sławnego Prokopa Łysego. W połowie maja husyci zdobyli Lubań. Następny padł Lwówek Śląski. W tym czasie rycerstwo i najemnicy księstw świdnicko – jaworskiego i legnickiego zbierali się pod Złotoryją. Morale tych oddziałów było tak złe, że rozbiegli się na wieść o nadchodzących Czechach.
30 maja po krótkim oporze padła Złotoryja. W tym momencie Jawor „wygrał” swój los. Gdyby Złotoryja skutecznie się obroniła byłby następnym celem husytów – znacznie silniejszych liczebnie,  karnych i zdeterminowanych, doświadczonych i  prowadzonych przez jednego z najlepszych wodzów tamtej epoki.
Wobec groźby czeskiego ataku Jaworze poczynili odpowiednie przygotowania do obrony. Najprawdopodobniej dowodził nią ówczesny burmistrz Jodok Lowtirbach. Kwestią dyskusyjną jest obecność w mieście starosty Albrechta von Colditza. Z podległymi sobie rycerzami zapewne pomaszerował na koncentrację pod Złotoryją. Czy po haniebnej klęsce powrócił do powierzonego sobie miasta, czy tak jak wielu innych uciekł do Legnicy? Tego nie wiemy. Zapewne niewielu rycerzy wzmocniło załogę Jawora. Inni albo uciekli, albo zostali w swoich zamkach. Burmistrz Lowtirbach, jak to zwykle czyniono w takich wypadkach, powołał pod broń pospolite ruszenie cechów rzemieślniczych. Każdy z nich miał własny arsenał i powierzony sobie odcinek murów, lub bramę, których miał bronić w razie oblężenia. Średniowieczne miasta w razie zagrożenia często wynajmowały najemników. Jawor był miastem stosunkowo bogatym, więc burmistrz mógł zaciągnąć jakiś oddział.
Kiedy potwierdziły się wiadomości o nadchodzących husytach spalono przedmieścia i zamknięto bramy. Jawor był gotowy do obrony, choć zarówno zbrojni, jak i zwykli mieszczanie mieli wszelkie podstawy, żeby spodziewać się wszystkiego najgorszego. Czesi słynęli z okrucieństwa i skuteczności w walce. Sława ich niezwyciężonego wodza też nie dodawała Jaworzanom wiary we własne siły. Mieli jednak to szczęście, że oddziały Prokopa nadeszły objuczone wielkimi łupami i licznymi jeńcami. Szli do domu syci zdobyczą i krwią. Szturm na dobrze umocnione miasto byłby niepotrzebnym ryzykiem. Nie próbowali nawet ataku z zaskoczenia – co pośrednio świadczy o dobrym przygotowaniu obrony. Być może zaproponowali mieszczanom odstąpienie za okup („wypalne”). To się zdarzało wcześniej i później, ale nie mamy żadnej informacji potwierdzającej taką umowę w tym przypadku.
Husyci mimo wszystko nie odmówili sobie zdobycia zamków Reibnitzów we Wiadrowie (padł po bohaterskiej obronie)  i w Kłaczynie. Czeski kronikarz zanotował, że „nikt nie śmiał im w tym przeszkodzić”. Może zabrzmi to cynicznie, ale taka postawa bardzo dobrze świadczy o rozsądku dowódców obrony.  Przez pochopnie poprowadzony wypad niecały miesiąc wcześniej załamała się obrona Lubania. Rycerze z Wiadrowa i Kłaczyny sami wybrali swój los, pozostając wobec potężnego przeciwnika w małych, z góry skazanych na zagładę zameczkach. Jaworzanie mogli tylko biernie patrzeć, jak giną w beznadziejnej walce.  Husyci „zrobili swoje” i przez Bolków odeszli do Czech.
Jodok Lowtirbach nie był ani wielkim budowniczym, ani bohaterem wojennym. Przygotował miasto na największe zagrożenie w jego dotychczasowej historii, i zdał ten egzamin znakomicie. Był po prostu właściwym człowiekiem na właściwym miejscu we właściwym czasie.